czwartek, 9 lipca 2015

14.06.2013, piątek - Ryuumine.

Wszystko mnie wkurwiało w tym niepotrzebnym wydarzeniu. Moje życzenie było takie, że chciałem zostać odwieziony do domu. W trybie ekspresowym, już, w trymiga. Miałem plany na ten wieczór - miałem wejść do mieszkania, zdjąć płaszcz, buty, zrobić sobie kakao, usiąść w fotelu, przykryć się kocem, czytać książkę i wegetować przez godzinę. Niestety, plany musiały mi być pokrzyżowane przez samego mnie. Gratulacje, Ryuumine, ty to umiesz się w coś wjebać. Choćby nieświadomie.
„Niskie ciśnienie? Jak się ode mnie odsunęliście, debile, to mi przestało skakać.” - wywarczałem te oto słowa we własnej głowie, wbijając wzrok w postać, która zaciskała mi na ramieniu rękaw ciśnieniomierza, którym z przyjemnością dałbym mu w pysk. Czy życzyłem sobie, żeby mnie zaczął badać? Czy powiedziałem, że jestem gotowy? Nie, kurwa. Pozwę Cię o gwałt, wygram i będziesz miał ogromny problem, zboczeńcu!
- ZABIERAJ TE BRUDNE ŁAPSKA ODE MNIE! - wrzasnąłem, nie mogąc już wytrzymać tego pierdolenia od rzeczy. Co on wie o zdenerwowaniu? Co on wie o moim stanie? Gówno wie, więc niech się zamknie. Gdzie mój lekarz?! - NIE MÓW MI, CO MAM ROBIĆ!
Zacisnąłem zęby, próbując się wyszarpnąć z zapięć noszy, a wykorzystując okazję, niby przypadkiem przyjebać temu, który trzymał moją rękę w nadgarstku, starając się o to, aby tego właśnie nie zrobił. A szkoda, aż mnie pięść świerzbiła, żeby jej użyć na jego twarzy. oddychałem głęboko, lecz nie siliłem się, by zwolnić z nabieraniem tlenu. Ten brak potrzeby przywrócenia sobie równowagi psychicznej stał się bardziej wyrazisty, gdy ten gość się zanadto do mnie zbliżył. Zerknąłem na niego, biorąc głębszy oddech. Yh, niby miał trochę racji z tym, że będzie po sprawie, z drugiej strony - kurwa, gdyby nie przyjechali, nie musiało być żadnego zajścia, wstałbym sobie, poszedł do domu. A tu nie!
Czekaj, czekaj, co on tam pierdoli? Zaraz on dostanie w twarz!
- Wiesz, z kim masz do czynienia, smarkaczu?! - wydarłem się na niego, już szarpiąc za rękę, ale na jego szczęście byłem, kurwa, przypięty, bo by zbierał zęby z podłogi karetki. - Nawet sobie nie wyobrażasz, jakim jesteś farciarzem, że w tym momencie nie możesz się zaznajomić z moją pięścią! POCZEKAJ, AŻ MNIE STĄD PUSZCZĄ! W LUSTRZE SIĘ NIE POZNASZ! MÓWIĘ CI! AAAAGGHHHH!
Jako, że byłem potwornie wyczerpany od tej złości, im bardziej zbliżaliśmy się do punktu docelowego, ja zaniechałem dalszego stawiania oporu. Zmęczyłem się dosyć poważnie, nie miałem zamiaru już nikogo kopać, ani pobić w inny możliwy sposób, odstawiłem na bok myśli o pracy. Rozluźniłem się z lekka, można było mi sprawić to ciśnienie, gdy opadło. Leżałem prawie bezwładnie na noszach, mając głowę zwróconą nieco w stronę tego mężczyzny z bandażem na ręce. Chyba się wyciszyłem na nieokreśloną ilość czasu.
I wkrótce się rozdzieliliśmy z tym gościem, który najwyraźniej nie mierzył sił na zamiary, skoro próbował mnie obrazić i uniknąć rozprawy w sądzie, wyzywając mnie wręcz od pięcioletnich dzieci. Właściwie, to byłem bardzo senny.. Wszystko, co miałem przed sobą stawało się na ten czas niegroźne, ciepłe (nawet ta słuchawka od stetoskopu przy mojej piersi), rozbolała mnie z lekka głowa. Całe badanie nie było niekomfortowe, odpowiadałem na zadawane pytania, pani doktor była nawet minimalnie życzliwa. Nie przywiązałem uwagi do upływu czasu - nie wiem, jak znalazłem się w szpitalnym łóżku. Podobno zawiadomili mojego przełożonego, nawet mojego lekarza. Pielęgniarka miała za parę minut sprawdzić, jak się czuję, gdzieś wyszła, bóg wie gdzie. Moim zadaniem było leżenie.
„A ten, co jechał ze mną w karetce już wyszedł.. Nie wyszedł..? Ciekawe, co mu było..”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz