środa, 22 października 2014

14.06.2013, piątek - Ryuumine.

Tick-tack, tick-tack, tick-tack. Stukałem niemalże bezgłośnie palcami zakończonymi zaokrąglonymi paznokciami o autobusową szybę, patrząc na przemykający mi przed przymkniętymi oczami obraz, na który - w prawdzie rzeczy - nie zwracałem uwagi. W czaszce odbijał mi się w dalszym ciągu przygłuszony, miarowo wybijany skowyt tykającego zegara, pomimo tego iż uczelnię opuściłem około pół godziny temu. Choć nie powinienem składać zażaleń, w pewnym stopniu ta stałość uspokajała moje zszargane komórki nerwowe, sprawiając, iż moja niecierpliwość, co do powrotu do domu zawisła w swoim zenicie. Nieświadomie podrygując lekko kolanem, stukałem cicho obcasem kozaka o podłogę tegoż zatłoczonego środka komunikacyjnego, przenosząc zielone tęczówki z jednej postaci na drugą, która znalazła się w zasięgu mojego widzenia, nie mogąc zawiesić w tamtej chwili spojrzenia już na jednym, konkretnym przedmiocie. Zazgrzytałem zębami, a moja powieka dwukrotnie zadrgała, kiedy kobieta, która ówcześnie ustąpiła mi miejsca siedzącego, zerknęła w moją stronę, jakby chciała się upewnić, czy jeszcze żyję. Kląc ściszonym głosem, ledwo panowałem nad sobą, usiłując nie krzyknąć tutejszej w twarz, że nie prosiłem się o jej pomoc i chętnie z niej zrezygnuję. To przyspieszało mój stan, w którym jak najszybciej chciałem powrócić do swojego kąta w londyńskiej kamienicy. Aczkolwiek zniechęcony byłem do opuszczenia autobusu, ponieważ idiotą nie byłem i zdążyłem już przed zaczęciem podróży odczuć chłód, jaki na zewnątrz panował. Deszczowy dzień.
Tick-tack, tick-tack. Kiedy kończąca się powodzeniem podróż została zastopowana przez zarządzenie prowadzącego, powstałem, chwytając się najbliższej rurki przymocowanej od podłogi do sufitu, po czym zacząłem obserwację ciekawego zjawiska - około dwudziestu ośmiu osobników homo sapiens podejmujących próby przepchnięcia się przez innych do drzwi, jako ci pierwsi. Zmrużyłem oczy, patrząc na kwitnący z opóźnieniem, gdyż już był lipiec, okaz ludzkiej głupoty, na co jedynie zareagowałem donośnym, zrezygnowanym wypuszczeniem z moich dróg spragnionego wolności powietrza. Zacisnąłem długie palce pianisty na skórzanym uchwycie torby, z którą w pracy nigdy się nie rozstawałem, po czym powoli zacząłem stąpać ku wyjściu, wyzywając w głowie na jakikolwiek brak żywiołowości u tych pasożytów pasażerów.
Po nieokreślonej czasowo chwili udało mi się uwolnić z dusznego środka transportu, później poprawiając jednorazowo czarną chustę, a także pasek trzymający maskę higieniczną na prawowitym miejscu, obrałem kurs w stronę Trafalgar Square. Przedostając się pomiędzy ślamazarnym tłumem, trącałem to jednego, to drugiego przechodnia, uciekając z przystanku autobusowego na Northumberland Avenue. Żwawym krokiem na swoich patyczkowatych nogach zmierzałem w stronę przejścia dla pieszych, jednocześnie bulwersując się na samego siebie przez to, iż popełniłem tak okropny błąd i podjąłem się pracy w służbie edukacji. Pocieszałem się tym, że do wolnego zostało mi zaledwie kilka tygodnii.. Co w żadnym razie nie zmieniało faktu, iż byłem znerwicowany nawet po końcu studenckiego roku szkolnego i miałem ochotę ponarzekać. A co.
„Co, do cholery, mnie podkusiło do nauczania tych ewolucyjnych straceńców? Tych niedorozwiniętych nieudaczników? Tych idiotów, którzy zachowują się, jakby kilka sekund przedtem zleźli z drzewa i stanęli na dwóch nogach? Kurwa.”. Aż zignorowałem swój dzisiejszy post od przeklinania. Im dłużej przebywałem w tym otoczeniu, tym intensywniej odczuwałem żądzę destrukcji na zakutym łbie jakiegoś losowego studenta. Pracowałem w tym zawodzie już nie od dziś, aczkolwiek na brak tematów do narzekań na podopiecznych, że tak to ujmę, nie odczuwałem deficytu. Przeciwnie. Byli bardzo utalentowani - potrafili mi podnieść ciśnienie tuż po zobaczeniu ich twarzy. Osiągnęli mistrzostwo, stając na szczycie podium w dziedzinie wyprowadzania mnie ze względnej równowagi psychicznej. Nawet w czasie, kiedy nie byłem zmuszony patrzeć na ich pełne idiotyzmu twarze. Sztuka to nie tylko praktyka! Cholera! Tick-tack. Niepomiernie duża dawka sztucznego, kolorowego światła uderzyła w moje zwężone źrenice, bijąc od bilbordów w oddali, podświetlanych reklam, czy od samochodów przejeżdżających równolegle do mnie, a także do chodnika, po którym stąpałem swoich, jak zawsze zresztą żwawym krokiem. Zawieszając sobie swoją torbę na przedramieniu, dłonią pozwoliłem sobie przejechać po lewej dłoni, odsłaniając zza popielatego płaszcza tarczę zegarka.. 19:14. Słyszałem, iż podobno, co pięć sekund umiera człowiek. Tyle istnień straciło życie, gdy ja podczas tego snułem się po centrum Londynu, jak duch. A moim jedynym celem było dostanie się do mojego nieprzytulnego domu. Dokładnie. Nie pałałem szczególną sympatią do tych czterech ścian, w których urzędowałem od kilku tygodni po nieplanowanych przenosinach. Patrząc na sprawę z pewnym dystansem, powinno mi to umożliwić nowy start; szczęście, przyjaźnie, cokolwiek w tym stylu, co jest nieodzownym, kluczowym czynnikiem w pospolitych, hollywood’skich produkcjach dla bezbronnych dziewczynek i zniewieściałych chłopaczków z High School. Z drugiej zaś, tej subiektywnej strony po zbliżeniu się.. to mnie nie satysfakcjonowało. Nie dawało mi powodów do jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Było świadectwem tego, jak słabym tchórzem musiałem być w obliczu ciężkiej, skrywanej przez dwa lata prawdy. Dowodem na to, że poczułem to ugodzenie w zlodowaciałe serce i odezwały się we mnie ludzkie instynkty. Słowo dom ciężko składało się w moich strunach głosowych, z trudem przechodziło przez jamę ustną. To nie był mój dom. Bardziej klatka, w której zamknąłem się, aby stać się tylko zwykłym elementem ją budującym. Takim, który nie czuje, nie słyszy, nie dostrzega niczego pośród ciemności. Ślepy na światło, głuchy na krzyk.
„Oby to była dobra droga..”. Skrzywiłem się, stawiając kolejne kroki na kostce brukowej, a towarzyszem mi niepokój. Aczkolwiek tłumiony on był dzięki świadomości, iż poznaję okolicę. Czując, jak stopniowo opada adrenalina krążąca w moich żyłach, stanąłem przy słupie sygnalizacji świetlnej, znajdując się przed przejściem dla pieszych, a czekając na zmianę świateł. Jeszcze tylko jeden przystanek..
Czułem się, krótko opisując, dziwnie. Jak chory. Zresztą, byłem chory od dłuższego czasu, ale pomińmy tę informację. Poczułem, jak świat zaczyna powoli wirować, sprawiając, że złapałem się słupa tkwiącego w betonie obok mnie, by nie paść na chodnik. Zadrgałem, unosząc spojrzenie na innych ludzi, którzy stali na przejściu obok mnie, a ich twarze poczęły tracić na ostrości. Kolana się pode mną uginały.
Upadłem. Zemdlałem.