Ciemność. Ciemność. Nicość. Przepaść. Niezliczony czas przesypujący się przez palce, pędzący w linii prostej ku dołowi, by z impetem uderzyć o brudną szarość rzeczywistości. Chodnik na Northumberland Avenue.
Powieki mimowolnie opadły w dół, przylegając do dolnych, oddech stał się płytki. Nic nie mogłem zobaczyć, aczkolwiek słyszałem. Do mojego aparatu słuchu doszedł przerywany, przytłumiony odgłos sygnalizacji świetlnej. „Zielone.. Powinienem iść. Ludzie idą. Co się dzieje..?”. Oddalali się. Tsk. Tak samo, jak moja szansa powrotu do pionu. Sekunda, ktoś zawrócił.. Ten ktoś był.. Miał kolczyki i.. niebieskawą czuprynę.. i był.. ogromny.
Straciłem przytomność.
Czy nie nudnym byłoby opisywanie, co czułem? Nic. Absolutną pustkę. Spotęgowaną tym brakiem świadomości. Tak. Straszną, nie do przeniknięcia przez żaden bodziec, głuchą, ślepą.. Czyste szaleństwo, okropność w każdym calu. Czy nie do tego dążyłem przez ostatni okres czasu? Nie wiem.
Byłem osłabiony, owszem. I nie tylko. Cierpiałem ostatnimi czasy na bezsenność i niedobrór witamin takich, jak na przykład K, B1 i B6. Przynajmniej o tych dotychczas zostałem przez lekarza poinformowany i sam potrafiłem odróżnić objawy - kto wie, czy do tego nie dołączała niedokrwistość. Całymi dniami dawałem pozory nieboszczyka, którego wystarczy jeszcze pomalować, żeby nie miał sińców pod oczami i nie był taki blady i złożyć do trumny. Nie mogłem nadmiernie się złościć - po zużyciu dużej ilości energii mogłem upaść, jak wtedy, po czym po prostu zemdleć. Nie byłem lekarzem, nie miałem żadnych kwalifikacji to wykonywania tego zawodu, aczkolwiek już mogłem spekulować, że jeżeli nie dojdzie do poprawy, w najbliższym czasie umrę od stresu. Jak ten student-stażysta.. Z przepracowania! Chociaż ja znowu nie spędzałem 21 godzin na dobę w pracy.. ale byłem chory. To znaczy, że moja śmierć nie będzie piękna.
Co nie zmienia stanu rzeczy, że według swoich niepisanych praw nie mogłem umrzeć. Jeszcze nie teraz.. Nie zrobię temu skurwysynowi tej przyjemności.
Usłyszałem czyjś głos. Nie były to specjalnie skomplikowane zdania, które prawdopodobnie do mnie kierował, ich treść docierała do mnie, jak przez mgłę - przekaz był przygłuszony i niezrozumiały. Yh. I cichy. Jakby chciał, a nie mógł! Głośniej, żołnierzu! Kuźwa, nie słyszę nic z tego, co tam bełkoczesz!
Zdawało mi się, że powtarzał do mnie słowa mówiące coś o broni. O posiadaniu broni? Niewykluczone. Tak, miałem przy sobie taki nieduży nóż sprężynowy, a schowałem go najprawdopodobniej w zasywanej kieszeni płaszcza. Ale, człowieku, czy to nielegalne? Poza tym, co ty mi możesz zrobić, skoro na sto procent nie jesteś stróżem prawa? Daj ty mi święty spokój!
A może coś mruczał pod nosem o włosach? Na świecie szerzy się hipokryzja. O ile zdążyłem zarejestrować, ten osobnik miał akurat kosmyki koloru.. granatowego. A może chabrowego, czy kobaltowego.. Nie. Ciemniejsze, mniej intensywne. W tym świetle i w tak krótkiej chwili ciężko było mi to określić! Lecz nie były jednolitej barwy, miały w sobie jaśniejsze od całości refleksy - to mi nie umknęło.
Budziłem się. Czasu nie liczyłem, zatem nie miałem prawa sądzić, że dziać się to zaczęło w niedługim odstępie czasowym od mojego upadku. Pokręciłem nieprzytomnie łepetyną, zaciskając zęby w lekkim cierpieniu, gdyż spotkanie z betonową nawierzchnią nie było znowuż najdelikatniejszym doznaniem.
Drżałem. Nie byłem w ruchu, traciłem ciepłotę. Choć pode mną coś było.. Co to było? Przejechałem wolną dłonią (gdyż drugą próbowałem przez chwilę delikatnie uwolnić, lecz zaniechałem prób) po materiale, który skończył się w pewnej chwili i przejechałem dwoma ostatnimi palcami prawej dłoni po chropowatym betonie. Czyli leżałem. I to na czymś skórzanym.. Ramonesce?
- Gh.. - mruknąłem, wypuszczając z bólem powietrze z ust i uniosłem lewą powiekę ku górze, starając się ustawić ostrość widzenia. - Coś.. nie tak..? - tylko tyle z siebie wykrztusić potrafiłem, czyli coś na kształt tego, co chciałem w istocie powiedzieć: „Co się, do kurwy nędzy, stało, że mnie dotykasz?”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz