czwartek, 9 lipca 2015

14.06.2013, piątek - Jasper.

Kolejny, cholera dzień, w którym ktoś w ciemniejszej uliczce musiał doczepić się mojego wyglądu. Przechodząc przez główniejsze ulice Londynu, czy jakichś innych, większych miast, nikt nigdy nie powie złego słowa na temat waszego wyglądu, kiedy, jak w moim przypadku, ma się kolorowe włosy, czy kolczyki. Nie uważam się za nazbyt dziwnego, bo jedyne co odróżnia mnie od bandy szaraczków to ciemnogranatowa czupryna, miejscami o jasnobłękitnych kosmykach oraz to, że na mo- … na moim obliczu jest parę drobnych kolczyków. Drobnych, bo nie raczyłem zrobić sobie w uszach tunela, jak każdy myśli, mimo, że na pierwszy rzut oka, nawet na wpół ślepego widać, że jest to fake, który ma za zadanie tylko przypominać tunel. Oprócz tego, żelastwo, a raczej czarna stal chirurgiczna zdobi jeszcze moją brew i dolną wargę. Na standardy Wielkiej Brytanii, gdzie co chwilę przez ulicę przechodzą osoby z dużo większymi odstępstwami związanymi z wyglądem, nie prezentuję się chyba jakoś… nad wyraz dziwnie, co? Oczywiście, znalazły się cwaniaki pragnące podważyć mój autorytet i pokazać, że jednak ich zdanie jest ważniejsze. Za pomocą agresji, rzecz jasna. Rodem z południowego-wschodu, jeżeli wiecie, o jakich tajemnych krainach teraz mówię.
Przechodziłem przez takie miejsca, żeby znacząco skrócić sobie trasę do celu, jakim w tym wypadku był mój dom na Regent Street. Dotychczas nie dochodziło do sytuacji, w których ktoś próbował do mnie kozaczyć, więc pewnie siebie kroczyłem do przodu, trzymając ręce w kieszeniach skórzanej kurtki, a na uszach mając czarno-białe, bezprzewodowe słuchawki. Padał deszcz, a ja nie miałem parasolki, ale jakoś średnio się tym przejmowałem, szczerze mówiąc. Jak to mówią, z cukru nie jestem, więc parę kropel mnie nie rozpuści. Tym bardziej, że słuchawki miały taką cechę, jak wodoodporność, jeżeli chodzi o „deszczową” intensywność, więc już całkiem miałem to w nosie. Było chłodno mimo, że jeszcze parę godzin temu świeciło uporczywie słońce. Dobrze, że wepchałem do torby skórę, bo mogłoby być gorzej. Uroki początków lata, gdzie praktycznie co dwa dni są burze. I uroki tego zapyziałego miasta, taki mamy klimat, co poradzić. U nas potrafi się rozpadać nawet wtedy, kiedy teoretycznie nie powinno. I wówczas, gdy zupełnie nie sprawiałem kłopotów okolicy i wręcz z daleka wyglądało na to, że spokojnie chcę dostać się do suchego domu, żeby w końcu odsapnąć, OCZYWIŚCIE, ktoś musiał mieć jakieś wąty.
- Hej, ty! – jasne, bo usłyszałem, mając w słuchawkach akurat jakiś metalcorowy utwór. Poczułem jedynie, jak ktoś łapie mnie od tyłu za kołnierz kurtki, przyciągając mocno w swoją stronę i nie zdążywszy złapać dobrej równowagi, osoba z drugiej strony złapała mnie za ręce, starając się unieruchomić. Pochylony, potrząsnąłem głową, żeby słuchawki spadły na moją szyję, a potem spojrzałem na nich z dziwnym spokojem i zapytałem dosyć łagodnym tonem.
- Eh. Coś się stało? – dwójka najwyżej dwudziestoparolatków, a więc wiekiem byli nieopodal mojego, spojrzało po sobie, po czym ten bardziej mięsisty zabrał głos.
- Dziwnie wyglądasz. – potrafią sklecać zdania? Kto by pomyślał.
- Ah tak? Przykro mi, taka już moja natura.. – postarałem się wyprostować, co mięsku, pewnie świeżej baranince, średnio się spodobało. Złapał mnie pod ramiona, wyrażając też otworem gębowym swoje niezadowolenie. Kolejna bójka, co? Westchnąłem cicho, zacisnąłem lekko zęby, przechyliłem głowę do przodu i.. z dosyć mocnym impetem uderzyłem delikwenta w nos, co zaowocowało w natychmiastowe poluzowanie uścisku. I bardzo dobrze, cholera jasna. Dzisiaj już nie mam ochoty nadmiernie się wysilać. Koleżka poszkodowanego, który aktualnie złapał się za nos, nie mam pojęcia, czy coś mu zrobiłem, zareagował rzuceniem się na mnie.. I szczerze mówiąc, nie chcę już dalej opisywać tej kłopotliwej sytuacji. Ważnym było to, że udało mi się wyjść z niej bez większego szwanku i bez wyciągania ostrych narzędzi, które zresztą zawsze mam przy sobie na wypadek… tego typu zdarzeń. Tamci odpuścili po paru mocniejszych ciosach, a ja skończyłem z bolącą ręką i lekko rozciętą górną wargą, którą po prostu przetarłem dłonią, potem zakładając z powrotem słuchawki i na spokojnie idąc w stronę domu. Jeszcze tyle do przejścia.. Że też mój samochód musiał wylądować u mechanika akurat na ten deszczowy okres. Coś się stało z paleniem i nagle stał się o wiele bardziej mniej ekonomiczny. A na dodatek przydałby się całościowy przegląd, powiedział. Cholera.
Zmieniając zdanie, ponieważ moje szczęście wydawało się dzisiaj znikome, przeszedłem na bardziej główną ulicę. Northumberland Avenue. Tutaj powinienem spodziewać się trochę większej kultury przechodniów. Zresztą, większość z nich aktualnie śpieszyła się z parasolami, uważając, by nie wdepnąć w ewentualne kałuże. A ja, że miałem na sobie skórzane glany… jakoś nie poświęcałem temu nie wiadomo jakiej uwagi, raz na jakiś czas chlupocząc grubą podeszwą w wodzie, nawet tego nie zauważając. Po chwili miałem zamiar przejść przez pasy, żeby w dalszym odcinku trasy mieć mniejszy problem i nie przechodzić niepotrzebnie przez labirynt parkingu sklepu. Lekko i bezgłośnie tupiąc o trotuar w rytm muzyki (zboczenie perkusisty), czekałem na zmianę światła na zielone. Wraz ze mną czekało również parę osób, które raczej i na szczęście nie zdawały się przejmować tym, że jestem troszkę poturbowany. A może po prostu bały się przejmować?
Po parunastu sekundach rozbłysło zielone światło dla pieszych, samochody się zatrzymały, a ludzie ruszyli do przodu, jak najszybciej chcąc dostać się do domów. Wszystko szło gładko i sprawnie, aż jakaś osoba nagle się zachwiała i upadła. Pierwszy do pomocy rzuciłem się ja. Co poradzić, empatyczny jednak jestem, poza tym – to mój obowiązek obywatelski. Szybko okazało się, że na ulicę upadła jakaś drobna kobieta o długich, miętowych włosach. Postarałem się szybko zabrać ją z drogi, bo za niedługo światło zmieniłoby się na czerwone i utrudnilibyśmy sprawny ruch. Na możliwie dużą powierzchnię podłożyłem pod jej ciało swoją kurtkę, żeby nie stykała się z zimnym podłożem, bo z takim cieniusim płaszczykiem to by nie powojowała. - Jak już się tak gapicie, to wezwijcie pomoc – zwróciłem się głośno do ludzi, potem wskazując konkretną osobę, bo od tłumu nigdy nie powinno się niczego wymagać. W czasie, gdy zgłaszany był wypadek, sprawdziłem jeszcze tętno dziewczyny, najwyraźniej po prostu zemdlała ze zmęczenia… I jeszcze ta maska.. Pewnie nieźle się rozchorowała. Powinnaś siedzieć w domu, a nie się forsować, cholera!
Spróbowałem delikatnie ją rozbudzić, ściągnąwszy maskę i leciutko klepiąc po policzku i pocierając po dłoni.
- Hej, obudź się.. Słyszysz mnie? – powtarzałem cicho ze zmarszczonymi brwiami..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz